Missale Romanum
Bartłomiej Świderek

W życiu każdego z nas przychodzi taki dzień, kiedy odkrywamy drobne skarby pozostawione nam przez naszych przodków. W głębiach przepastnych szaf, nachtkastików, niezliczonych kofrów czają się pieczołowicie upchnięte i starannie ułożone rzeczy codziennego użytku: ubrania, przybory kosmetyczne, nierzadko strzępki gazet z jakąś ważną dla właściciela informacją. Spośród niezliczonej gamy rzeczy, na szczególną uwagę zasługują stare modlitewniki, bo czy można wyobrazić sobie rzecz bardziej osobistą, bardziej codzienną i bardziej potrzebną niż zbiór nabożnych pieśni i modlitw? W swej szczerej pobożności pokolenie naszych dziadków i babć nie wyobrażało sobie dnia bez rozpoczęcia go i zamknięcia lekturą choćby krótkiego fragmentu niewielkiej książeczki. 
Patrzę na swoją biblioteczkę i widzę dwie pozycje, do których mam szczególny sentyment. Jedna i druga to efekt porządkowania, czy jak to mówimy – poschroniania, rzeczy pozostawionych przez tych, których dziś nie ma już wśród nas. Bez metryk pamiętam daty urodzin moich dwóch dziadków: 1910 i 1922 i obydwu babć: 1923, 1925. Opa i Oma z niemieckiej strony, dziadek i babcia urodzeni w Polsce, na dość niespokojnym dalekim pograniczu. Niespokojne czasy i niespokojne miejsca sprzyjały poszukiwaniu oparcia w Stwórcy. 
Otwieram pierwszą z nich (ze szranku po Omie): „das Mekbuch der heilige Kirche” jak głosi gotycki napis na stronie tytułowej, i zaraz pod nim „Missale Romanum”. Wydana we Fryburgu (Freiburg im Breisgau) w roku 1894, oprawiona w skórę, która bez większego uszczerbku przetrwała do dziś, cała zadrukowana pięknym gotykiem. Chociaż nie – pieśni i modlitwy łacińskie, zestawione przy niemieckich, pisane są alfabetem do jakiego przywykliśmy. Na wewnętrznej stronie okładki, czarnym atramentem podpisał się właściciel: Emanuel Janik aus Petersdorf bei Gleiwitz (z Szobiszowic koło Gliwic). Nie wiem kim był ów Emanuel, może jakimś kuzynem, wujkiem, a może farorzem, który podarował Opie albo Omie drogowskaz na długą drogę życia? Zgadza się lokalizacja, choć dziwi samo określenie „bei Gleiwitz”, skoro Szobiszowice włączono do miasta na 19 lat przed wydaniem modlitewnika. Czyżby identyfikacja z moją rodzimą okolicą u dalekiego praprzodka była aż tak silna, że musiał podkreślić swoją, choćby częściową, odrębność wobec miasta nad Kłodnicą? Ciekawostek i zagadek jest jednak więcej, bo już na drugiej stronie tytułowej przybita jest pieczęć Królewskiego Szpitala Poliklinicznego we Wrocławiu i kolejne nazwisko: Konstantin Piechutta. Pewne jest więc, że książeczka żyła na długo zanim trafiła w ręce któregoś z moich dziadków. 
Wyciągam drugą – ta ma już swoje drugie życie. Po starannej konserwacji w katowickim Archiwum Państwowym otrzymała twardą okładkę, a luźne dotychczas kartki osuszono, oczyszczono i sklejono w całość. Niestety czas, a pewnie i trudna historia, nie pozostały bez wpływu na stan modlitewnika. Trudno ustalić dokładny czas jej powstania, ale skoro kalendarz świąt na jej pierwszych stronicach rozpoczyna się datą 1867 (czy wiecie, że w owym roku Popielec wypadał 6 marca?), można domniemywać, że i sama książeczka powstała nie później. Wydawca? Trudny do ustalenia, choć na fragmentach ryciny Matki Boskiej Częstochowskiej, otwierającej całość można dostrzec ślady napisu: Druckerei /dalej nieczytelne/ Bielitz in Schlesien. Modlitwy i pieśni po polsku, choć kalendarz z wyraźnym podziałem na polski i ruski: a więc modlitewnik przeznaczony dla wiernych na austriackim Śląsku i w Galicji. 
Nie mam żadnej konkretnej historii związanej z którąś z książeczek. Ale oczami wyobraźni widzę jak moi dziadkowie trzymają ją w drodze do kościoła. Pewnie modlą się z niej do Matki Boskiej Gromnicznej, celebrują rodzinne uroczystości – może Abrahama? Może czyjąś Pierwszą Komunię Świętą? Widzę jak opłakują bliskich, poległych na frontach drugiej wojny światowej, pogrzebanych gdzieś na stepach Ukrainy. Jak oddają się w opiekę świętym patronom w obliczu nadejścia frontowej soldateski, albo zwykłych bandziorów palących i grabiących wszystko co stało na ich drodze. Wiem, że mieli ją przy sobie przed wyjściem w pole i szychtą w biskupickiej kopalni Ludwigsglück. I widzę jak każdego wieczora wkładają ją z należytym szacunkiem na najwyższą półkę nocnej szafki, aby wyjąć ją ponownie następnego dnia i rozpocząć go po bożemu. 
Dwie małe książeczki, ale miejsce zajmują u mnie szczególne. Chyba żadna z rzeczy, które zostawili mi po sobie dziadkowie nie ma takiego znaczenia jak one. Pewnie dlatego, że nie są tylko zwykłymi rzeczami codziennego użytku. Mają w sobie ducha, mają tę prywatność, tę wyjątkowość… Niełatwo to opisać zwykłymi słowami.


Autor tekstu: Bartłomiej Świderek
Autor zdjęć: Bartłomiej Świderek