Barbie z ulicy Belojanisa
Magdalena Prandzioch

Zimą 1989 roku, kiedy miałam zaledwie 3 latka, miałam ostre zapalenie płuc. Mieszkaliśmy wtedy w chorzowskim familoku. Na pierwszym piętrze, z łazienką na korytarzu, drewnianymi stropami (gdy przejeżdżał tramwaj podłoga trzęsła się tak, że wylewała się woda z akwarium) i czymś co dziś nazwalibyśmy "lokalnym community”. Na parterze mieszkała dozorczyni, która chyba z 5 razy w tygodniu myła okna swojego mieszkania. Do dziś, gdy przejeżdżam tamtędy zdarza się, że widzę ją – już mocno siwą – jak ścierką pucuje parapet. Na przeciwko mieszkała mocno zaawansowana w latach pani Marysia. Do niej chodziło się bawić, bo miała pudełko pełne szmacianych lalek – kominiarczyka, dziewczynkę w stroju ludowym i inne, które robiły na mnie wtedy ogromne wrażenie. Na tym samym piętrze mieszkał też gość, który (jak dziś sobie myślę wspominając sposób w jaki trzymał filiżankę i gestykulował dyskutując z moją mamą) był pierwszym gejem, którego widziały moje oczy. Piętro wyżej mieszkała Pani Basia, która także zajmowała się mną i moich bratem, gdy mama musiała gdzieś wyjść. Cieszyła się w kamienicy spora renomą, bo wiedziała wszystko o wszystkich, a także o metodach pozwalających na zwalczanie różnych chorób. 
Oczywiście miała także sposób na moje zapalenie płuc. Było nim postawienie baniek. W tamtych czasach powoli zaczynano traktować tę metodą z przymrużeniem oka. Wiem, że dziś powoli znów wraca do łask, ale na wszelki wypadek wyjaśnię na czym polegał zabieg, do którego przekonywała moją Mamę Pani Basia. Szklane bańki ustawiało się na plecach "na gorąco”. Kształtem przypominały trochę bardziej zaokrąglony kieliszek – i słusznie, gdyż w ich wnętrzu znajdował się spirytus. Bańki przysysają się do ciała, gdy palący się wewnątrz alkohol zużywa tlen. Na plecach pojawiają się coś w rodzaju siniaków. Organizm walczy z nimi, mobilizując się także do walki z chorobą. Przeczytałam kiedyś, że ta metoda pochodzi od wschodniej medycyny niekonwencjonalnej. Nie podejrzewam, by Pani Basia była kiedykolwiek dalej niż na wchodzie Bytomia, ale sztukę stawiania baniek opanowała do perfekcji. Każdy mieszkaniec kamienicy przy Belojanisa kiedyś z tego skorzystał. 
Przyszła i pora na mnie. Nieprzyjemny zapach spirytusu, ogień, niewyraźna mina mamy – nic nie sugerowało, że to, co mnie czeka będzie należało do przyjemności. Jako dziecko posiadałam ten talent, że potrafiłam drzeć się godzinami, dopóki gardło nie odmówiło mi posłuszeństwa. I tym razem postanowiłam z niego skorzystać. Mama okazała się jednak sprytniejsza. Przygotowała się i przewidziała przebieg wydarzeń. Przestałam krzyczeć, dzielnie zniosłam cały zabieg, ugięłam się pod siłą argumentu - "grzeczne dzieci, które pozwolą postawić sobie bańki dostaną super niespodziankę”. Myślałam już tylko o tym, czeka mnie gdy Pani Basia skończy swoje dzieło. Co to będzie? Mój brat, który był już po takim zabiegu dostał super pistolet, który po naciśnięciu spustu wysuwał z lufy pieść w bokserskiej rękawicy. Spodziewałam się najlepszego. 
Przyszedł moment gratulacji dla dzielnej pacjentki. Nareszcie! Mama udała się do drugiego pokoju by przynieść dla mnie zasłużone trofeum. Oszalałam. Była to oryginalna lalka Barbie w stroju kąpielowym typu bikini. Nie byle jaka podróba. Nogi z lekko elastycznego, połyskującego plastiku, długie blond włosy, prawie jak prawdziwe... Szybko stała się moją ulubioną zabawką. Wiele osób mówi, że Barbie nie jest dobrą zabawką dla dzieci, bo jest przeidealizowana. W mojej dziecięcej opinii było inaczej. Cieszyłam się nią jak wariatka, ale Barbie zawsze czegoś brakowało. Nie miała żadnych ciuchów (albo po prostu nie były w naszym zasięgu). Nie mogła przecież wszędzie chodzić w swoim matelowskim bikini. Na szczęście mam ciocię, która szyła firany. Ze ścinków można było godzinami Tworzyć kreacje godne królowej lalek. Była jeszcze jedna rzecz apropos Barbie, która wymagała poprawki. Najlepszą z kobiet na świecie, prawdziwą, dzielną I dobrą na tyle, by zdobyć dla mnie w Pewexie wymarzoną lalkę, była przecież moja Mama! Rozpoczęłam więc drobne poprawki, których celem było upodobnienie lalki do wyglądu Mamy. Zaczęłam od fryzury. W tym czasie Mama nosiła taką asymetryczną, ściętą króciutko nad jednym uchem, a długą do brody przy drugim (podobnie jak bańki, taka stylówka wróciła jeszcze do łask). 
Ciekawie wystylizowana Barbie, w ciuchach uszytych w zakładzie krawieckim cioci jest ze mną do dziś. Z wygoloną polową głowy i pogryzionymi przez mleczne zęby stopami wygląda, jak bohaterka filmów o Charlesie Lee Ray'u. Nie potrafię jej jednak wyrzucić. Była pierwsza, uprzywilejowana w każdej zabawie i przypomina mi o czasach, gdy moja rodzina i sąsiedzi żyli bardzo blisko siebie. Nie wynajmowało się niań, by wyjść do banku, nie googlowano porad w internecie. Większość problemów rozwiązywany przy filiżance kawy lub herbaty, a nowe lalka robiła na dzieciach piorunujące wrażenie.


Autorka tekstu: Magdalena Prandzioch
Autorka zdjęcia: Magdalena Prandzioch