Wilczyca
Kasia Krzak

Opowiem historię zasłyszaną od Pani Lusi. W gościnnym pokoju jej skromnego gliwickiego mieszkania wisi obraz, którego wartości nie potrafię ocenić ale o którym zawsze mówi z najwyższą czułością – na czarnym tle widnie dumna wilczyca. Spogląda na wszystkich przekraczających próg, a i Pani Lusia, jak zauważyłam, wchodząc do pokoju, zawsze na nią zerka. Rodzina Pani Lusi pochodzi z gór – jak to w góralskim domu, w otoczeniu nie brakowało psów. 
Przed wybuchem I Wojny Światowej jej dziadek znalazł postrzeloną wilczycę, przy której piersi tuliło się jeszcze małe wilczątko. Zabrał je ze sobą i wytrenował. Właściciele psów znają zapewne komendę „zdechły pies”, na której zawołanie, można wytresować zwierzaka, by się przekręcał i nieruchomiał. Gdy wybuchła wojna mężczyźni walczyli, a góralki były zabierane na roboty. Nawet bardzo małe dzieci często zostawiano więc na całe dnie w szałasach. Czasem towarzyszyły im tylko psy. Oswojona wilczyca pilnowała tak kilkuletniego tatę i wujków pani Lusi. Każde miało swoją miskę z jedzeniem. Wilczyca wiedziała, która jest jej, a które dzieci. Gdy jeden braci podszedł do innej miski, ona brała go za kark i przenosiła do właściwej. 
Ponieważ siedząc długie dnie w szałasie, wilczyca się nudziła, wykopała potężną norę – przecież to była suczka – tłumaczy pani Lusia – dla niej to były dzieci. W którymś momencie pojawiły się strzały, Niemcy chodzili od szałasu do szałasu i zabijali dzieci i zwierzęta. Co wilczyca zrobiła? Złapała dzieci jedno po drugim i wrzuciła je do nory. Położyła się na nich i, udając zdechłą, zakryła. 
W efekcie, gdy Niemcy weszli do szałasu z jakimś góralem, on powiedział – tu nie ma dzieci, tu jest tylko nieżywy pies. Tak ocaliła ich życie. Tacie pani Lusi całe życie wracało to uczucie niepojętej duszności, jakiej wtedy zaznał. Wilczyca zaś stała się w tej rodzinie symbolem opieki.


Autorka tekstu: Kasia Krzak
Autorka zdjęcia: Kasia Krzak