Dziadek obrazem malowany
Maja Barszcz

Gdy jest się małym dzieckiem nie dokonuje się refleksji nad swoim życiem. To przychodzi z czasem. Z jednej strony dobrze, bo wtedy wiemy, że jesteśmy zdolni do krytycznego myślenia i oceny siebie, swojego życia, a z drugiej źle, bo nadmierne rozmyślanie, analizowanie potrafi zniszczyć człowiekowi psychikę. 
Czasami myślę o swoich przodkach, o tym, jak to było w dawnych czasach, jak ludzie się poznawali, o czym rozmawiali, jakie mieli problemy, radości. Gdy oglądam stare zdjęcia i przyglądam się (nie)znanym twarzom moich przodków, mam nieodpartą ochotę ich wszystkich poznać. Najbardziej to chciałabym poznać mojego dziadka. 
Dziadek Witek (ojciec mojej mamy) zmarł, gdy miałam dwa latka. Niestety, nie pamiętam go w ogóle, znam go jedynie z opowieści, które słyszę przy okazji każdych świąt. Opowieści te są pełne ciepła, radości, często zabawne, rzadziej smutne, bo w końcu dziadek Witek był pogodnym człowiekiem. Pan magister - tak na niego mówiono we wsi, w której mieszkał, a to ze względu na zawód - był bowiem farmaceutą. Jego pozycja społeczna była bardzo wysoka, a dziadek był powszechnie szanowany. Oprócz pracy, którą dziadek wykonywał przez większość swojego życia, miał także pasje, którym się oddawał bez reszty. Jedną z nich było malowanie. 
Kiedy patrzę na obrazy dziadka wiszące w domu mojej babci, w mieszkaniu mojej cioci, a także moim własnym, mam wrażenie, że dziadek rozmawia ze mną, że zostawił tam cząstkę siebie. Obrazy te nie są największym dziełem sztuki, być może są kiczowate, źle wykonane i mało oryginalne. Dla mnie jednak są przepełnione ciepłem, które ponoć zawsze biło od dziadka Witka i którym ujmował wszystkich. Dzięki tym niewielkim kawałkom zamalowanego płótna mam poczucie, jakbym choć trochę poznała dziadka, jakbym wiedziała, jaki był, co lubił. A to wartość nie do przecenienia.


Autor tekstu: Maja Barszcz
Autor zdjęć: Maja Barszcz