Otomana
Alina Hadyna

Pokój mojego dziadka umeblowany był po staroświecku i dość przeciętnie: ciężkie, drewniane, ciemne szafy, wielkie łoże, stół i krzesła, stojący wysoki na prawie dwa metry zegar i otomana z ciemnozieloną w brązowe kwiaty tapicerką. Po bokach otomany zwisały frędzelki (przez Mickiewicza pewno by nazwane kutasikami, ale dla młodszego pokolenia to staropolskie słowo brzmi nieco obscenicznie, więc pozostańmy przy frędzelkach). Była bardzo sprężysta, więc z siostrą używałyśmy sprzętu niezgodnie z jego przeznaczeniem, skacząc po otomanie i licytując się, która wyżej potrafi (jak nikt z dorosłych tych wyczynów nie widział). 
Wiele lat później, po śmierci mojego dziadka zamieszkaliśmy w jego pokoju. Stare meble zastąpiły nowe, otomana została zamieniona na nowocześniejszą wersalkę (w której już po roku zrobiły się wgłębienia, jasno wskazujące miejsca częstszego używania). Dziś żałuję, że po otomanie nie pozostał żaden ślad, żadna fotografia, a przecież związane było z tym sprzętem wydarzenie, o którym jakiś czas przed śmiercią opowiedział mi dziadek. 
Mój dziadek urodzony pod koniec XIX wieku nie pałał zbytnio sympatią ani do Rosjan, ani do Niemców. Łatwo to zrozumieć, bo szkoła powszechna w zaborze rosyjskim, bo traumatyczne przeżycia podczas wojny polsko-rosyjskiej w 1920 r., bo okupacja niemiecka. Chora na serce żona i dwoje małych dzieci na pewno miały wpływ na jego sympatie i antypatie. 
W styczniu 1945 r. front był coraz bliżej, na dziadkowym podwórku Niemcy zainstalowali kuchnię polową, on z bliskimi w piwnicy schowali się przed zbłąkanymi kulami i niepewnym losem. Ostrzeliwani coraz bardziej Niemcy musieli się wycofać na zachód, zwinęli kuchnię polowa, zostawili dzieciom czekoladę i odjechali. Rodzina wyszła z piwnicy zadowolona, że koniec wojny już bliski. Dwa dni później w domu pojawił się trzyosobowy rosyjski patrol. Weszli, porozglądali się po mieszkaniu, zabrali dziadkowi zegarek z dewizką i zobaczyli… otomanę. Dla prostego żołnierza wniosek był oczywisty: otomana to jawny dowód bogactwa właściciela, tu mieszka burżuj, trzeba go rozstrzelać! Dziadek tłumaczył, że kupił otomanę przed wojną, bo pracował na kopalni jako sztygar i obrabiał jeszcze kawałek pola, a wcale nie kosztowała tak dużo pieniędzy, jak oni sobie wyobrażają. Nie było widać, by to tłumaczenie do nich w jakikolwiek sposób przemawiało. Wyprowadzają dziadka, żeby „burżuja” rozstrzelać. Babcia łapie się za serce. Dziewczynki płaczą. Radość z wyzwolenia zamienia się w czarną rozpacz. Na szczęście do domu wszedł ich dowódca, który wysłuchawszy argumentów obu stron, by rozsądzić spór, kazał dziadkowi pokazać ręce. Ten wyciągnął przed siebie spracowane dłonie. Oficer uznał, że to nie burżuj, otomana to jeszcze nie powód rozstrzelania, dowodem ostatecznym okazały się ręce. Darował więc dziadkowi życie. 
Do dziś nie wiem, czy dziadek po tym wydarzeniu nadal lubił swoją otomanę. Nie zapytałam go wtedy o to.


Autor tekstu: Alina Hadyna
Autor zdjęcia: the justified sinner [CC BY-NC-SA 2.0]