Zegarek po dziadku
Jerzy Łodziana

Kiedy zacząłem „zbierać” zegarki kieszonkowe zachęcony reklamą firmy, przypomniałem sobie, że w rodzinnych rupieciach powinien gdzieś być po dziadku kieszonkowy pozłacany zegarek marki Omega. Pamiętam również opowieść kogoś z rodziny o sposobie, w jaki dziadek dziadek wszedł w jego posiadanie.
Dziadek, z którym mieszkaliśmy od czasu wojny, w zasadzie zastępował mi ojca, który zginął w Oświęcimiu. On zaprowadził mnie na mecz piłkarski, jak również do kręgielni, która znajdowała się obok boiska - jeden tor w długiej drewnianej budzie, gdzie dla dorosłych było również piwo. Z nim chodziłem do fryzjera, z tym że on siedział na normalnym fotelu, a ja na wysokim, kręcącym się krześle dla dzieci. 
W swojej młodości dziadek, mieszkaniec Galicji czyli poddany C.K. Austrii w czasie I wojny światowej jako obrońca twierdzy przemyskiej dostał się do niewoli rosyjskiej i znalazł się w obozie aż w Kazachstanie. Po wybuchu rewolucji, a później końcu wojny rozpoczął powrót pieszo przez ogarnięte rewoltą tereny. 
Znajomość języka przydała mu się pod koniec II Wojny Światowej. Po 6-tygodniowym przebywaniu w piwnicy dziadek musiał ujawnić się, gdy do miasta weszli żołnierze radzieccy, którzy zeszli z otaczających miasto wzgórz i zaczęli penetrować mieszkania. Pierwszej grupie, która weszła do mieszkania niewyraźnie mówiącą, sparaliżowaną właścicielkę przedstawił jako wariatkę, co spowodowało panikę wśród żołnierzy i w konsekwencji, pomimo wyrwanej wybuchem bramy wejściowej, uniknęliśmy dalszych wizyt. Dziadek jednak nie unikał dalszych spotkań z wyzwolicielami, w wyniku których pewnego razu powrócił z pozłacanym kieszonkowym zegarkiem, z dewizką już tylko mosiężną. To była Omega, czyli zegarek wyprodukowany w znanej do dziś szwajcarskiej firmie zegarmistrzowskiej. Według dziadka nabył ją od ruskiego za litr „spirtu”. Od tego czasu pamiętam dziadka, który od święta w kieszonce kamizelki nosił zegarek, a na zewnątrz widoczna była dewizka. 
Dziadek zmarł w 1952 roku na nieuleczalną w tym czasie białaczkę. Pogrzeb odbył się zgodnie z tradycją cechową. Czeladnicy ubrani w stroje żywieckie w kolorze odpowiadającym zawodowi wykonywanemu przez zmarłego. Nieśli go na ramionach z kościoła farnego aż na cmentarz, a był to spory kawałek. Wszystko byłoby uwiecznione przez nowego wikarego prowadzącego kondukt pogrzebowy, gdyby do przyniesionego aparatu fotograficznego nie zapomniał zabrać filmu. 
Po śmierci dziadka zegarek gdzieś się zawieruszył. Przy kolejnych porządkach widać było, że czas mu też nie służy. Pomimo, że miał futerał, najpierw pękło szkiełko, potem się całkiem gdzieś zagubiło, w następstwie tego połamały się wskazówki i zegarek całkiem przestał chodzić. Wtedy był już tylko zabawką dla dzieci i zastępował im busolę. 
Gdy sam zacząłem kolekcjonować kieszonkowe zegarki, postanowiłem spróbować przywrócić go do życia. Skomunikowałem się ze znajomym zegarmistrzem i okazało się to strzałem w dziesiątkę, bowiem prowadził on Pracownię Zegarów Antycznych. Oddałem więc, teraz już „pamiątkę rodzinną”, w dobre ręce. Po pewnym czasie wynik renowacji przekroczył moje oczekiwania. Nie udało się tylko przywrócić wytartego pozłocenia koperty, utraconego przez długoletnie użytkowanie. Jak wynikało z otrzymanego od zegarmistrza wyciągu z oryginalnego katalogu firmowego - w tym czasie miał już około 100 lat. Według numeru zegarka, wygrawerowanego na kopercie, został wyprodukowany w latach między 1913 a 1916, z tego powodu stał się on najbardziej cennym oraz najstarszym okazem mojej kolekcji. 
Teraz, patrząc na ten zegarek, widzę odbicie dziadka przed wyjściem, czeszącego się przed lustrem, ze świecącą się na kamizelce dewizką od nabytego w dziwny sposób zegarka. Wspominam wszystkie chwile spędzone z nim, żałując, że tak wcześnie odszedł, że nie mogłem mu się pochwalić własnymi osiągnięciami w dorosłym życiu i powiedzieć, jak wiele mu zawdzięczam.

Autor tekstu: Jerzy Łodziana 
Autor zdjęcia: archiwum rodzinne, Jerzy Łodziana