Zaczarowany kołowrotek
Aneta Bulkowska

Gdy się wsłuchać nocą, dobiega ciche skrzypienie. To babina naszej babki, gdy zapada mrok, zasiada przy kołowrotku i zaczyna tkać tę opowieść. Jako dzieci wierzyliśmy, że stare wrzeciono ze strychu ma magiczne właściwości. 

Historia tego kołowrotka to daleka i niezwykła podróż do Wójcina na prawym brzegu górnej Prosny. To tu w niewielkiej wsi koło Bolesławca skróconą historię tkactwa opowiadają strudzone dłonie matron, robotnic i sufrażystek. To tu Mendel Katarzyna, matula mojej prababki Stanisławy, do zmroku jesienno-zimowymi wieczorami przędła wełnę dla dziesięciorga berbeci i kilkorga domowników. Każde pasemko wełny, każdy milimetr lnu skręcony na przęśliku to godzina pozbawiona snu, to oczy osłabiane półmrokiem i jeszcze jedna nieodzowność w harmonogramie napiętym niczym struny. 
Wełna i len, na ile stroje i bielizna z nich sprawdzały się w codziennym życiu na roli, pewnie niewiele, ale bawełny, jedwabie to wówczas bohaterowie występujący jednie w emocjonujących opowieściach obieżyświatów. Kto mógł pozwolić sobie na takie luksusy? Nawet Mendel Katarzynie, która umysł miała otwarty i nie stroniła od lektur mądrych książek, nie śniło się nawet, że już za niecałe sto lat, rozmaite i skomplikowane ściegi materiałów powstawać będą w czasie krótszym niż trwa wyciąganie włókien z kądzieli, a bawełniane stroje i satynowe pościele wypełnią szafy po brzegi. Tak samo dziś trudno wyśnić sen, w którym w przerwach pomiędzy orką, doglądaniem kur, dojeniem krów, opróżnianiem obornika, przygotowywaniem i donoszeniem posiłku robotnikom na polu i wreszcie zajmowaniem pieleszami, kobiety pokroju mej praprababki umiały jeszcze zmieniać się w przędzarki. 

Zapada wieczór - koło idzie w ruch 

Po zmroku, szczególnie zimą i późną jesienią, gdy w polu pracy było mało, zwyczajowo w chałupie rozlegał się dobrze znany dźwięk. To uderzenia silnej kobiecej stopy o drewniany napęd. Skrzypienie połączone z cichym dudnieniem, jak muzyka unosiło się w przestrzeni nie skażonej szumem radia, telewizji ani telefonu. Wymagająca paca nie mogła trwać długo, dlatego nie pozostawiała miejsca na naprawę pomyłek. O to płomyk w lampce oliwnej zgasł, pora spać, by o świcie rozpocząć cały cykl od początku, jak w kołowrotku. 
Ta siła przekazywana z matczynym mlekiem, prowadziła potem moją prababkę Stanisławę przez pięć kilometrów do szkoły w Bolesławcu, a potem pozwoliła przetrwać niemal całkowite wycieńczenie w Częstochowie, gdzie jako młoda studentka przeciwstawiała się dzieleniu losu matki i sióstr. Sama jednak przędła jeszcze długo na tym samym wrzecionie, choć bardziej już dla wypełnienia pustych wieczorów i spontanicznej tęsknoty za tradycją, od której jednocześnie odwróciła się w stronę międzywojennego, coraz prężniej galopującego świata. 
Historia tego przędzalnictwa kończy się około 1930 roku, ale jej elementy pozostaną tradycją przekazywaną z rąk do rąk w naszej familii do dzisiaj. Wełniane swetry, czapki i papucie wyrabiane na drutach w wiele zimowych wieczorów, przeplatane są opowieściami o dzielnych kobietach. 
Jeszcze sto lat temu kołowrotek był elementem wyposażenia każdego gospodarstwa na wsi i w mieście, równie powszechnym, jak dziś pralka albo żelazko na prąd. Ten zaraz na początku XX wieku przygotował mój praprapradziadek w swoim zakładzie stolarskim, słynnym na cały Wójcin. Model ten był tylko jednym z wielu innych podobnych, ale to właśnie on jako jeden z wielu ostał się do dzisiaj na zakurzonym strychu, skąd późno w nocy rozlega się znajome, ciche skrzypienie... 

Autorka tekstu: Aneta Bulkowska 
Autorka zdjęcia: Aneta Bulkowska