Drewniany talerz babci Antosi
Weronika Migdał

Drewno jest znakiem czasu, swego rodzaju wehikułem, które istnieje na długo po przemijającym życiu człowieka. Istniało przed nim i będzie istnieć po nim. To w drzewach czas odciska swoje piętno formując słoje. Jeden słój na jeden rok. Drzewa tkwią w miejscu i zapamiętują historie, czasem też podróżują przerobione przez człowieka do celów użytkowych. Może podróżują w czasie? 
Z drzewnych słojów weków nie zrobimy, ale talerz? I owszem. W mojej rodzinie od przynajmniej trzech pokoleń podróżuje sporych rozmiarów talerz. Drewniany, z wyrzeźbionymi ozdobnymi wzorami. Stoi i kumuluje w sobie czas i zapewne energię. Ma około stu lat (wcześniejsze jego losy nie są nam znane). Talerz nie pełni funkcji naczynia obiadowego, prawdopodobnie nigdy nie pełnił. Jest ozdobą, jednakże niesamowicie istotną. 
Prababcia Antonina, u której historia talerza rozpoczyna się w naszej rodzinie, posiadała czwórkę dzieci. Istotnym jest, że pracował tylko jej mąż. Mimo ciężkich czasów i trudnych warunków, przy czwórce rozrabiających i wiecznie głodnych dzieci, nigdy nie brakowało pieniędzy na jedzenie. Tak wspomina babcia i mama. Każda także potwierdza, że prababcia bardzo dobrze gotowała. Kiedy prababcia Antonina zmarła talerz znalazł się u mojej babci. Jak? Tego nie pamięta nikt. Co znamienne moje najwcześniejsze wspomnienia związane z babcią Danutą zawsze wiązały się z jedzeniem. Babcina karpatka jest legendą w mojej rodzinie. Babcia Danusia przez większość swojego życia nie była osobą majętną, mama wspomina, że zdarzały się chwile kiedy brakowało pieniędzy na różne rzeczy. Na jedzenie starczało zawsze. Ponadto mój dziadek miał czterech braci. Tradycją był rodzinny zjazd podczas dnia Wszystkich Świętych. Wtedy przyjeżdżali przede wszystkim wszyscy bracia dziadka. O wiele zamożniejsi od niego - zawsze stołowali się u brata. Dziadek był zawsze na to przygotowany i nawet kiedy z pieniędzmi było naprawdę krucho, witał gości grubymi parówkami i ciastem drożdżowym. Goście jedli i jedli, jakby nigdy wcześniej nie widzieli najzwyklejszej grubej parówki. 
W moim domu też istnieje tradycja karmienia wszystkich gości – nawet często wbrew ich woli. Życie domowe najczęściej toczy się w kuchni. Wszystkie kłótnie, babskie spotkania, koleżanek, babć i cioć zawsze zaczynają i kończą się w kuchni. Symptomem szczęśliwej rodziny stała się dla mnie pełna lodówka i kuchnia zawsze wypełniona zapachami i aromatami. 
Jedyną rzeczą, którą moja mama zabrała ze swojego rodzinnego domu był właśnie stary, drewniany talerz po babci Antosi. Mama nie dostała niczego „w posagu”, jak często jest w zwyczaju. Wychodząc z domu odwróciła się, spojrzała na babcię i powiedziała „Chcę ten talerz, nic więcej, tylko ten talerz”. Babcia nie oponowała. W tym czasie nie żył już ojciec mojej mamy. Babcia została sama w mieszkaniu. Mama zabrała talerz żeby wzniecić razem z nim nowe domowe ognisko w swoim własnym domu. Ciekawostką jest, że kiedy mama wyprowadzała się z rodzinnego domu poprzednim razem z pierwszym mężem – nie zabrała talerza. Wtedy, jej ojciec często po kryjomu zostawiał pieniądze na lodówce – żeby miała na jedzenie, bo zdarzało się, że gdy przychodził do córki lodówka świeciła pustkami. Nie było rodzinnego ciepła, małżeństwo się rozpadło. Nie było talerza.

Autorka tekstu: Weronika Migdał
Autorka zdjęcia: Weronika Migdał