Porzucony szpital. Porzucone medykamenty.
Emilia Rumińska

Legnica, sierpień 2014. 
Dochodzimy do końca ścieżki. Przed nami wyrasta grube ogrodzenie, za którym wydobywa się ostrzegawczy warkot, a następnie pojawiają się czujne oczy, ostre zęby i pieniste pyski dwóch rosłych psów. Przyglądam się im uważając, by nie podejść za blisko. Plan z przeskoczeniem płotu okazał się płonnym pomysłem. Pozostawało załatwić sprawę w tradycyjny sposób. Chwilę czekamy i ze stróżówki wychodzi do nas rosły facet, łysy, w dresie, z tatuażami na ramionach. Były więzień – tak mnie i pozostałym się wydaje, ale może to tylko mylny wniosek wykluty ze stereotypu. 
„Czego tu, kurwa?” – wita się z nami uprzejmie z delikatnym podtekstem „wypierdalać”, ale już podchodzi do niego jeden z naszej czwórki mocnym, żołnierskim krokiem. Ten nasz to były wojskowy. Już z nim gada tym męskim, ostrym językiem, ale jednak z szacunkiem, jak do towarzysza. Już są na „ty”, już się śmieją z jakiegoś szowinistycznego żartu, już przygotowana wcześniej wódka zmienia właściciela, już wymieniają uścisk dłoni i wchodzimy. 
Gdzie?
Na kompleks opuszczonego, poradzieckiego szpitala. 
Strażnik tego rumowiska niby taki ostry, niby taki nam niechętny z początku, a jednak podjeżdża co chwilę na wpół zdezelowanym rowerem, otwiera nowe budynki, opowiada co się niedawno tu działo, pyta czy komu co się nie stało i co się w tych walących murach tak nam podoba. 
Do szpitala wchodzimy przez kaplicę i prosektorium. Uderza w nas chłód i dziwna atmosfera tego miejsca. Po krótkim rozpoznaniu wyciągamy latarki, schodzimy do piwnic. Pełno tu pajęczyn i białych pająków, chyba martwych, a jednak bez zwiniętych nóżek. Na podłodze usypany tynk ze ścian i gruz, potargane gazety, jakieś rubryczki, nawet zdjęcia rentgenowskie. Trzymam się z tyłu. Lubię tę grozę, która rośnie we mnie, kiedy puszczam wodze wyobraźni i myślę sobie, że jestem tu tylko ja. Kieruję światło latarki na ścianę. Śledzę nią napis wymalowany sprayem: „Dopadnę cię kurwo”. Chłopaki mnie wołają, znaleźli coś. Wchodzę i widzę światło rzucone na brązowe butelki z płynem i opakowania z pastylkami. Etykiety po rosyjsku, ale nie bój nic, mamy w ekipie gościa, który zna cyrylicę i on nam to czyta. Obracam w palcach owiniętych rękawiczką jedną z pastylek i myślę, ile lat te leki już tutaj leżą. Wychodzi na to, że co najmniej dwadzieścia kilka, bo Rosjanie ostatecznie opuścili swoją „Małą Moskwę” w 1993 roku. Od końca II wojny światowej przez niemal 50 lat trzecia część Legnicy była przeznaczona na wyłączny użytek radzieckich żołnierzy. Mieli swoje sklepy, kościoły, kina, a także ten szpital. Czemu zostawili w nim leki, szczątki gazet i rachunków, umywalki, niektóre sprzęty kliniczne i łóżka? Zapewne część z tych rzeczy niewarta była zabrania ze sobą i kosztownego przewozu. Część natomiast, jak leki, przez nieuwagę i pośpiech zostały zostawione. 
Бактрим (Bactrim), który znaleźliśmy wśród innych specyfików i sfotografowaliśmy, to lek używany również w Polsce. Lekarze podają go przy zakażeniach bakteryjnych, a dawniej faszerowano nim pacjentów przy niemal wszystkich rodzajach zapaleń i zakażeń, także tych wynikłych przez postrzał. 
Nie musieliśmy zastanawiać się czy brać te leki ze sobą, czy nie. Oczywiście takie rzeczy zostawiamy. Nikomu się już nie przydadzą, ale ucieszą oko kolejnych podróżników lubiących jak my, błądzić po niewydeptanych ścieżkach.

Autorka tekstu: Emilia Rumińska
Autorka zdjęć: Emilia Rumińska