Zwykły Zenith
Ewa Grodzińska

Zupełnie zwykły. Takich jak on w szufladach, na biurkach i w szkolnych piórnikach było zapewne mnóstwo. Niektóre z nich pewnie podpisywały sprawozdania z partyjnych plenów, inne - usprawiedliwienia nieobecności, jeszcze inne służyły do pisania miłosnych listów. Niejeden wstawił pałę do dziennika, niejeden pozdrawiał z wakacji w Jugosławii, niejeden wypisywał recepty. Mieszkały w wewnętrznych kieszeniach marynarek, w skórzanych przybornikach i na dnie torebek. Pobłyskiwały chromowaną obwódką i klipsem z charakterystyczną jodełką i dumną nazwą rodu - Zenith. 
Zupełnie zwykły długopis, produkt Częstochowskich Zakładów Materiałów Biurowych, mi kojarzy się jednoznacznie - z moim dziadkiem. Po wojnie i po studiach chemicznych dziadek rozpoczął pracę w przedsiębiorstwie przemysłowym i tam został praktycznie do końca swojej zawodowej aktywności. Mimo braku (cenionej wówczas) partyjnej przynależności i nadmiaru (mniej cenionej) uczciwości, dziadek stopniowo awansował. W przeciwieństwie do większości współpracowników dziadek bardzo dobrze znał język niemiecki. To m.in. dzięki temu często był wysyłany na zagraniczne delegacje. Znajomość języka wykorzystywał też poza pracą - udzielając korepetycji. Tata i babcia zgodnie przyznają, że dziadek uczył "od zawsze”. Właśnie to lubił robić najbardziej. Nie udało mu się własnej wiedzy przekazać synom (w ich przypadku nauka niemieckiego szła dość opornie), próbował więc sił na wnukach. Ja także zostałam jedną z uczennic dziadka. Kiedy jeszcze żył - przychodziłam do niego na korepetycje. Dziś już nie pamiętam większości niemieckich słówek, ale pamiętam wielkie drewniane biurko, podręcznik, zeszyt i długopis - właśnie Zenitha 7. To nim pisał dziadek poprawiając moje zadania domowe i zdania ułożone przeze mnie z koślawych liter. Jako dobry nauczyciel i jeszcze lepszy dziadek nie uwzględniał ocen innych niż 5 i 4 z plusem. A może to Zenith nie pozwalał mu wpisać słabszego stopnia? 
Pod koniec życia, już na emeryturze, dziadek zaczął wykładać język niemiecki na jednej z wyższych szkół. Myślę sobie, że te lata były dla niego naprawdę szczęśliwe - wreszcie mógł pracować ucząc. Dla jego studentów pewnie też był to całkiem dobry czas (jeśli tylko dziadkowa skala ocen pozostała taka sama). 
Do dziś kiedy widzę długopis z jodełką myślę o dziadku. O jego pięknym piśmie, jego biurku pełnym skarbów, jego dobrym sercu i ludziach, których uczył. I żałuję, że moje dzieci nie będą miały szansy dostać, wpisanej Zenithem, piątki za zadanie domowe.

Autorka tekstu: Ewa Grodzińska
Autorka zdjęcia: Ewa Grodzińska