Zegar z dużego pokoju
Elżbieta Bańska

Pod koniec XVIII wieku ze Szkocji na Śląsk przybywa dwudziestojednoletni John Baildon i przywozi hutnictwo żelaza. Nie ma ze sobą wahadłowego zegara. W latach 70. XX wieku spod Poznania przyjeżdża dwudziestojednoletnia ciocia Magda wyposażona w swój gruby warkocz i zegarek na rękę. W 1804 roku Baildon poślubia w Gliwicach Włoszkę, Helenę Galli, w 1975 roku ciocia Magda zostaje żoną wujka Leszka.

Baildonowie budują posiadłość rodową w Łubiu, wsi położonej nieopodal Gliwic. Pałac trafia w ręce jednego z siedmiu potomków Johna – Artura, następnie przechodzi we władanie jego wnuka Aleksandra, by po przedwczesnej śmierci tego ostatniego stać się domem dla Erwina Bergwelta. Państwo Bergwelt-Baildon żyją w Łubiu do końca II wojny światowej słynąc z hojności, troski o mieszkańców wsi i znakomitego gustu. Kiedy wojenna zawierucha zmusza arystokratów do opuszczenia łubskiej siedziby, rozdają oni swój dobytek służbie i okolicznym mieszkańcom. Mojemu dziadkowi, który jako szesnastoletni chłopiec był stangretem u państwa, przyszedł w udziale m.in. dębowy zegar wahadłowy, komplet srebrnych sztućców z herbem połączonych rodów szkocko-pruskich i krzesła.

Stryjenka ze stryjem zamieszkują w socrealistycznym bloku, mają dwójkę dzieci. Ciocia daje się poznać jako ta, która w trakcie zjazdów licznej rodziny w domu dziadków wstaje najwcześniej (budzona pewnie przez wewnętrzną wredotę), trzaska zapamiętale drzwiczkami wszystkich szafek, czyni wykopaliska w szufladzie na sztućce, dokonuje chyba także drobnych przemeblowań. To właśnie ją podejrzewałam o wysyłanie tłustych much do naszych pokojów w celu jak najskuteczniejszego nas wszystkich wybudzenia o 5.

Zegar po Baildonach był w moim domu od zawsze: jego głęboki, ciepły ton wyznaczał pełne i półpełne godziny jak dziadek przypominający łagodnie o tym, że jesteśmy coraz starsi. Nie budził nas wcześniej, niż byśmy sobie tego życzyli. Jego różnorodne dźwięki były dla nas słyszalnym znakiem porządku. Tykał, zgrzytał, wybijał. Na ułamek sekundy przed wybijaniem dwunastej godziny wydawał z siebie westchnienie, jak gdyby zbierał siły przed największą liczbą gongów. Ojciec w niebieskim szlafroku nakręcał go w każdą sobotę, jeszcze przed podlaniem kwiatów doniczkowych, bo choć roślinki były ważne, zegar ważniejszy.

Nikt z nas nie usłyszał, że zegar nieodwracalnie przestał tykać i bić. Ciocia Magda z warkoczem pod osłoną nocy ponawtykała w jego mechanizm zapałek, bo przeszkadzał jej spać.

Autor tekstu: Elżbieta Bańska
Autor zdjęcia: Tomasz Leśniowski (CC-BY-SA-3.0)